Wąchock był daleki od wielkiej polityki. Sytuację w kraju odzwierciedlały tu pustki w nielicznych sklepach, i to że nie było piwa w czterech czynnych w rynku restauracjach. U „Bynia” u „Baśki” u ‘Anysta” oraz w barze Tyrystycznym. Na porannej mszy św o 7.30 o wprowadzeniu stanu wojennego wspomniano podobno jednym zdaniem, że wprowadzono stan wyjątkowy.
Tomasz Szczykutowicz:
O 8 jak każdej niedzieli wybrałem się do Marcinkowa. Pamiętam jak w Rynku minąłem myśliwego, który szedł uzbrojony w karabin myśliwski na polowanie.
Pociąg o dziwo przyjechał na stację punktualnie i wyruszył w kierunku Skarżyska o 8.21. Nikt nic nie mówił, nie przypominam sobie niczego szczególnego. Ze Starachowic jechała tym pociągiem grupa moich znajomych. Soboty i niedziele od lat spędzaliśmy w Marcinkowie w Sekcji Jeździeckiej „Buńczuk”. O 9.30 wyprowadziliśmy konie i pierwsza grupa pojechała w teren. Zdziwiło nas, że w pewnym momencie nad lasem w okolicy Michałowa pojawiła się eskadra 3 wojskowych śmigłowców. Przez chwilę krążyli nad nami. Konie były bardzo przestraszone. Postanowiliśmy wrócic do siedziby klubu.
O 11 kolejnym pociągiem przyjechał instruktor pan Zdzisław Duszyński z kolejną grupą jeźdźców i opowiedzieli nam o sytuacji w kraju. O stanie wojennym, o przemówieniu generała. Pamiętam, że nie robiło to większego wrażenia. Byliśmy daleko od dużych miast, nie mogliśmy wiedziec o aresztowaniach ludzi. Nie widzieliśmy ani wojska, ani milicji. Naiwnie dyskutowaliśmy, że ten stan wojenny potrwa pewnie około tygodnia. Po południu rozjechaliśmy się do domów i… kontakt siłą rzeczy urwał się. Nawet nie można było porozmawiac przez telefon. Potem w telewizji przeczytali dekrety stanu wojennego. W szkole wolne do Nowego Roku, godzina milicyjna, zakaz przemieszczania się…
W tamtym czasie ruch samochodów na ulicy Starachowickiej był bardzo niewielki. Może dlatego uwagę zwrócił nagły szum kilkunastu silników. W kierunku Starachowic przejechała kawalkada 20, może 30-stu milicyjnych nysek i starów zwanych „lodówkami”. Po godzinie w przeciwnym kierunku jechało kilka opancerzonych samochodów wojskowych.
W Wąchocku o dziwo działały telefony. W 1981 roku i potem jeszcze długo nie było u nas centrali automatycznej lecz ręczna, obsługiwana w ten sposób, że podnosiło się słuchawkę, na centrali spadała metalowa klapka i zgłaszała się telefonistka, którą prosiło się o połączenie. W pierwszych dniach stanu wojennego, każdy, kto posiadał telefon w Wąchocku mógł przez operatorkę połączyc się z innym posiadaczem telefonu w Wąchocku. Nie było tylko wyjścia do Starachowic i do Skarżyska.